środa, 14 maja 2008

"Rainbow festiwal" niepublikowany roździał książki Griksa " Los Buntownika "

Rainbow festiwal
O to przed Wami jeszcze nie poblikowany fragment ksiazki Griksa " Losu Buntownika " ksiazki zamieszczonej na tych stronach, w starszych postach lub w starszym blogu positivenest.blogspot.com. Ponizsze fragmenty przepisane przez Milosza nie sa poprawione, wiec jesli chcialbys pomoc to prosze popraw je i przyslij na adres bloga (na gorze, na rysunku). Dzieki temu nastepne osoby moga je przeczytac w lepszej wersji. Milego czytania.
Dedykowane wszelkim obroncom przyrody i lepszego swiata

Piękna Pirenejów nie jestem w stanie opisać nawet w części. Trzeba je zobaczyć na własne oczy. Tak trudno też opisać wspaniałość festiwalu Rainbow. Trzeba tam być ,by to poczuć -ten przyjazny klimat, tą rodzinną atmosferę, to ciepło domowego ogniska, tą dobrą energię, którą obdarowywaliśmy się niczym bracia i siostry. Postaram się jednak choć trochę przybliżyć idee festiwalu Rainbow. To trwające przez miesiąc wydarzenie odbywa się co roku w innym kraju, często w górach ,w lesie ,w naturze, z dala od cywilizacji. Kiedyś nawet był w polskich Bieszczadach (z 10 lat temu). W tym roku był po francuskiej stronie Pirenejów w wiosce Refuge de Laurenzi, gdzieś na południe od Foix. Jedną z głównych niepisanych zasad festiwalu jest życie w zgodzie z przyrodą i z innymi ludźmi. Dlatego też wszyscy starają się żyć najbardziej ekologicznie jak tylko mogą. Kompost jest zbierany i zakopywany ,a po części dawany osiołkowi, który skórki od melona uważa za przysmak. Ludzie załatwiają się w długich wykopanych dołach zakopywanych zaraz po każdym użyciu. Wszystko się rozkłada i nikt nie wchodzi w kupy jak na pierwszym lepszym przydrożnym kempingu. Niemalże nie do pomyślenia jest żeby ktokolwiek zostawiał za sobą śmieci. Na każdym innym festiwalu w którym bierze ponad 2000 ludzi jeśli nie są zatrudniani sprzątacze, ludzie niemalże toną w śmieciach. Nie tutaj. Może jakby ktoś się uparł to znalazłby jakiegoś śmiecia ,ale na pewno nie prędko. Niektórzy ze swą głęboką ekologią szokowali nawet mnie. Do umycia nie używali żadnej chemii, a zamiast tego myli się popiołem. Gdy zobaczyłem jak gościu zamiast pasty do umycia zębów używa popiołu, na pewno zrobiłem duże oczy. Być może tak jest lepiej ,lecz ja jeszcze do tego nie dorosłem. Dlatego też niczym Indianie dbają o czystość domowego ogniska. Mój kolega bardzo się oburzał jak ktoś rzucił mu w ogień chociażby niedopałek papierosa. Miał rzeczywiście powód bo ciapaty ,które lepiła jego żona smażył bezpośrednio na żarach ogniska. Z plastikiem czy petem nie smakowałoby na pewno tak dobrze . Przez cały mój pobyt nie zauważyłem nawet by ktokolwiek pił mleko i jadł jajka, o mięsie nie wspomniawszy. Wszystkie kuchnie, nawet ta dla dzieci były wegańskie.
Nigdy w życiu nie widziałem by aż tyle osób odżywiało się w ten sposób .Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Lepszy świat jest możliwy - to jedno z piękniejszych spostrzeżeń ,które nasunęły mi się na tym festiwalu. Żadnej policji, żadnych strażników porządku, w żadnej kuchni żadnych szefów ,nikt bardziej uważany, żadnych panów, żadnych poddanych i co?
... i nikt się nie pozabijał, nikt się nawet nie pobił, nigdzie nie czułem się tak bezpieczny o swoją kamerę nie mając jej przy sobie. Jeden gościu tłumaczył żartem gdzie jest schowane 6000 euro na jedzenie dla wszystkich na wypadek gdyby ktoś chciał je ukraść. Oczywiście nikt nie chciał. Ta dobra aura ,która unosiła się wszędzie powstrzymywała na pewno nie jednego złodzieja, przed złym czynem. To niemal niewyobrażalne że podczas całego festiwalu nikt nie skarzyl się, iż mu coś ukradli. Rzeczy które zgubiłem ja i moja córka kilka dni później znalazły się w pudle ze znalezionymi rzeczami. Piękne a do tego prawdziwe. Jednak lepszy świat jest możliwy - po raz drugi. Najważniejszym i jednym z najpiękniejszych wydarzeń dnia było poranne i wieczorne "Food Circle"(koło jedzenia-tłum.), czyli wspólny wielki posiłek. Codziennie z rana dało się słyszeć okrzyk roznoszący się po całej dolinie: "Ludzie potrzebni w kuchni!!!". Czasami potem był powtarzany potem co jakiś czas, dotąd aż znaleźli się ochotnicy.
Główną kuchnie tworzyły plandeki rozpostarte na palach. To był dach, a pod dachem szerokie wykopane rowy, w których paliło się ognisko. Nad ogniskiem nad rowami leżała żelazna krata, na której stawiało się garnki z potrawą do gotowania lub kładziono blachy, na których smażono indiańskie ciapaty - najpopularniejszą potrawę na festiwalu. Z mąki i wody robisz ciasto ,dodajesz przypraw (albo nie),rozwałkowujesz naleśniki, smażysz na żarze, na blasze lub na patelni i w ten sposób otrzymujesz najprostszej roboty indiański chleb. Obok zbudowane były stoły, które robiły też za deski do krojenia . Było to bardzo praktyczne, szczególnie przy tej liczbie krojących i jedzących.
Wśród ochotników często także zdarzały się dzieci. Moja Nea przy kręceniu kulek została ochrzczona jako warkocholic (pracoholik- tłum.) i była zawiedziona gdy robota się skończyła. Jak wszystko już było przygotowane kucharze oznajmiali krzykiem "food circle!!!"i sami zasiadali pierwsi do jedzenia. Każdy kto usłyszał ten okrzyk powtarzał go przez co informacja roznosiła się szybko w najodleglejsze zakątki obozu. Powoli bez pośpiechu na główną polanę zaczynali się schodzić ludzie i siadając obok siebie tworzyli najpierw jedno duże koło, a gdy te było już pełne przychodzący siadali już w drugim kole mniejszym lub większym. Tak wciąż oddaleni od siebie o 2-3 metry ludzie z dwóch różnych kół wciąż mogli się komunikować ze sobą. Kucharze zanim zjedli do końca kilka razy przypominali opieszałym, że food circle się już zaczął. Często się też zdarzało, iż ludzie w kole zniecierpliwieni czekaniem sami krzyczeli food circle by ponaglić spóźnialskich. Gdy gotujący już podjedli, a głodni zgromadzili się w 2 kołach, kucharze przynosili jedzenie znajdujące się w środku kół ogniska, wokoło którego stawali trzymając się za ręce. Dwa pozostałe koła robiły to samo po czym zaczynaliśmy pieśń :
"to jest zgromadzenie..." -dalej zapomniałem, ale była to ładna piosenka.
Powtarzaliśmy tak kilkanaście razy aż do znudzenia, po czym każdy zaczynał nieprzerwanie wydawać z siebie jeden ton spiewając powiedzmy oooouumm z przerwami na oddech. To było niesamowite usłyszeć jak robi to ponad 1000 osób trzymających się za ręce, poczuć tą niesamowitą wibrację i uczucie jedności . Tego naprawdę nie da się opisać. Jedźcie to poczuć. Naprawdę warto. Gdy zmęczeni byliśmy już tym śpiewaniem, każdy pocałował na znak braterstwa rękę trzymanej osoby i czekaliśmy na swoją kolejkę . Kucharze i inni pomocnicy zaczęli rozdzielać jedzenie. Jedni roznosili ciapaty ,drudzy jakiś ryż z warzywami, trzeci sałatkę. Szli z ogromnymi garami między dwoma rzędami ludzi (dwoma kołami) i pytali się głośno :
- Ciapaty po raz pierwszy
- Sałatka drugi raz
Na co odpowiadało wiele głosów
-Ja chce
- Tutaj my nie mieliśmy pierwszego razu - itp.
Na dokładkę trzeba było poczekać. Kucharze czasem nawet 2 razy obeszli koło, by upewnić się czy każdy otrzymał już pierwszą porcję. Tak więc nawet spóźnialscy mieli szansę się załapać. Godny podziwu był fakt, że rozdanie jedzenia odbyło się bez ani jednego plastikowego, jednorazowego śmiecia. Każdy przynosił własny talerz i problem z głowy. Niektórzy jedli z wielkich płatów kory drzewnej lub z liści. Nie wiem czy to z braku czy też z potrzeby zbliżenia się do natury. Gdy całe jedzenie zostało rozdane i wszyscy najedli się do syta, w podróż dookoła wyruszył magic hat (magiczny kapelusz- tłum.) - grupa śpiewających, grających i roztańczonych muzyków i dzieci śpiewających coś w stylu "Wrzuć swój grosz do kapelusza". Najczęściej szła z nimi dziewczynka, która zbierała do kapelusza dobrowolne datki. Tak to funkcjonowało - każdy dawał tyle na ile go było stać. Nie potrzeba było żadnej biurokracji, żadnych rozliczeń, zapisów itp.a wszystko tak pięknie funkcjonowało. Czyli lepszy świat jest możliwy-po raz 3. Gdy z piosenką na ustach obeszli ze 2 razy dookoła kapelusz był już pełny. Często między rozdającymi przechodzili też ludzie, którzy coś mieli uważnego do zakomunikowania. Najczęściej zapraszali na warsztat jogi, medytacji, kalendarza Majów, ziołolecznictwa, szkół językowych itp. Czasem ktoś zapraszał na debatę o problemach wioski a czasem tak jak ja z Neą pytał się o podwiezienie do...
Po jedzeniu ludzie szczególnie wieczorem zapalali ogniska, grali na bębnach, na gitarach, tańczyli, śpiewali, robili performance, fajerszoły i przede wszystkim bawili się. I to jak się bawili .Dla niektórych nie do uwierzenia będzie fakt, że ta zabawa była bez alkoholu ,który tak jak narkotyki są "zakazane" na festiwalu.
Lepszymi słowami w przypadku Rainbow byłoby "nie mile widziane". Za to zapach gandzi unosił się dość często .Zapytasz dlaczego? A to dlatego, iż gandzia może ukierunkowywać twórczo, pozytywnie, pokojowo podczas gdy wódka działa raczej dezorientującoi wywołuje agresję.
Można napisać o tym książkę ale to już może ktoś inny...
...
...Myślę, że jak wytrzeźwieje, może odczuje i zrozumie że takie zachowanie nie jest tu mile widziane. Tak to tu działało. Dobrych rzeczy można było się nauczyć od innych, którzy je robili, złe nawyki można było się oduczyć od innych, którzy ich nie czynili. Gdy podchodzisz do jednego ogniska i częstują Cię herbatą, przy drugim częstują Cię też ciapatami i tak przy każdym, które napotkasz na twoim wieczornym spacerze. Co zrobisz gdy rozpalisz swe własne ognisko? Jeśli masz otwarte serce i szybko się uczysz zrobisz herbatę ,skręcisz dżointa, zrobisz jedzenie itp. Wszystko po to by ugościć każdego kto do Ciebie zawita. Tak nauczyłeś się gościnności i teraz czujesz jakie to wspaniałe. Uczyć się być dobrym, przekazywać tę wiedzę innym. Doświadczać jak ekologicznie, przyjaźnie i dobrze jest żyć razem. To jedna z idei festiwalu.
Te 2000 ludzi żyjących bez bójek, bez narkomani, bez cywilizacji, będących razem jest dobrym przykładem na skuteczność tej nauki (=duchowej rewolucji ?). Jeśli zapytasz się o Rainbow to na pewno usłyszysz że to hipisowski festiwal .To prawda, która jednak uogólnia, bo ja uważam się za punka i sądzę, iż dobrze mi z tą rodziną Rainbow. W następnym roku planuję być na całym festiwalu. To fajnie mówić do siebie "bracie", "siostro", to wspaniałe czuć się jedną, wielką, dobrą, ekologiczną rodziną. Na zakończenie dodam, że gdzieniegdzie istnieją tego typu wioski przez cały czas. Oczywiście mniejsze. Może kiedyś....
To wspaniale wiedzieć , że można żyć inaczej !!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz